Co dalej z becikowym?
Pieluchy, szczepionki, wózek albo chrzciny – na to najczęściej idą pieniądze z becikowego. Rodzice małych dzieci zgodnie przyznają, że ten zasiłek nikogo nie motywuje do rodzenia. Rzecznik Głównego Urzędu Statystycznego uważa wręcz, że przekonanie o jego skuteczności jest tak abstrakcyjne, jak inwazja kosmitów na Ziemię. Po co nam ten wydatek?
Zdaniem Ministra Finansów Jacka Rostowskiego, becikowe w obecnej formie nie przynosi oczekiwanego efektu, czyli nie zachęca do posiadania większej liczby dzieci. 400 mln zł, które rząd wydaje rocznie na ten cel, to relatywnie mała kwota. Likwidacja becikowego nie spowoduje widocznej zmiany w budżecie. Ale czy na pewno warto wydawać te pieniądze? Ale rodzice, którzy dostali ten zasiłek, mają nieco inne zdanie na jego temat. Becikowe, nawet wysokie w stosunku do średniej pensji, jest jednorazowe, podczas gdy wydatki na dziecko to stałe i często wzrastające obciążenie dla budżetu rodziny.
Może zamiast jednorazowej zapomogi, lepszym rozwiązaniem byłaby ulga prorodzinna większa niż dotychczasowa? Obecnie podatnicy wychowujący dzieci mogą zmniejszyć swój roczny podatek dochodowy o ulgę prorodzinną w wysokości 92,67 zł za jedno dziecko za miesiąc, czyli 1112,04 zł za rok. O nieskuteczności becikowego może świadczyć fakt, że w roku 2006, kiedy rodzice zaczęli dostawać becikowe, nie nastąpił żaden widoczny skok liczby urodzeń.
Według danych Głównego Urzędu Statystycznego (GUS), wzrost liczby urodzeń obserwowany jest od 2004 r., nie oznacza to jednak boomu urodzeniowego. Liczba urodzeń w roku 2009 wyniosła 417 tys. – była w dalszym ciągu mniejsza, i to o ok. 40%, niż podczas ostatniego wyżu demograficznego. W 1983 r. urodziło się 724 tys. dzieci. Rosnąca obecnie liczba urodzeń jest echem wyżu demograficznego z pierwszej połowy lat 80-tych i jest determinowana wejściem w wiek najwyższej płodności kobiet urodzonych w latach 1979-1985. Dodatkowo na wzrost składa się także bieżąca realizacja planów rodzicielskich, które wcześniej były odkładane (przez osoby urodzone w latach 70-tych ub. wieku).
Problemem jest też dzietność – coraz więcej par chce mieć tylko jednego potomka, a rodziny wielodzietne to dzisiaj rzadkość. Współczynnik dzietności, czyli średnia liczba dzieci przypadających na jedną kobietę w wieku rozrodczym w 1983 r. wynosił 2,4, w 2009 r. 1,3. Przyjmuje się, iż współczynnik dzietności między 2,10-2,15 jest poziomem zapewniającym zastępowalność pokoleń.
Źródło: www.dziecko.onet.pl

Wiecie co, jak politycy nie mają się czego czepić to niech cię czepią własnej pensji, bo nie dośćże człowiek tyra jak wól na ten marny 1000zł wypłaty to jeszcze becikowe chcą zabrać ,a z tym że kobieta ma się zgłosić przed 10 tygodniem ciąży na pierwsze badanie ginekologiczne to w ogóle paranoja, niektóre kobiety nie wiedzą nawet że są w ciąży, a po za tym na wizytę czeka się średnio 2 tygodnie, a niekiedy i miesiąc. ważne żeby w ogóle chodzić do lekarza, ale co to kogo obchodzi. najważniejsze żeby tym burakom na górze było dobrze. Żerują tylko na biednych ludziach.